środa, 21 czerwca 2017

no rest for the wicked

Dzisiaj zakończyłem sesję. Jak zwykle, wszystko było naraz, dzień po dniu, ale przez to też szybciej zleciało. Udało mi się nawet jakimś cudem dostać piątkę z egzaminu ze szwedzkiego, więc progress jest. Przed ustnym wziąłem ofc pół miligrama alprazolamu, co wydatnie przełożyło się na moje zdolności.

Teraz tydzień-dwa odpoczynku i muszę poszukać jakiejś pracy. Nie ogarnąłem praktyk przed latem, więc dupa, zostało tylko iść do roboty. No rest for the wicked.

Przełknąwszy porażkę w konkursie literackim, wróciłem do pisania mojej nieszczęsnej powieści. Osiągnęła ona około 90k znaków ze spacjami, a przeciętna współczesna książka ma ich 500k, można więc powiedzieć, że mam już prawie 1/5, hurra. Oczywiście, i tak nikt tego nie będzie chciał wydać ani czytać, bo nie będzie w tym heherubasznego humoru, dosadnej przemocy, seksu, ckliwego romansu ani bohatera-superkozaka, ale chuj z tym, mimo to zamierzam doprowadzić to wielkie dzieło do końca. Moje życie nie ma sensu, więc równie dobrze mogę je wypełnić gramofańskim, nikomu nie potrzebnym gryźmoleniem w Wordzie.

Cóż, pozdrawiam i życzę wszystkim odświeżających, szalonych wakacji/urlopu, których ja nigdy nie będę miał. 3majcie się.

środa, 7 czerwca 2017

poraszka

Moje opowiadanie nie wygrało w konkursie. Nie zostało nawet wyróżnione (były trzy miejsca na podium i dodatkowo siedem wyróżnień). Ciężko mi z tym.

Po czasie widzę wszystkie wady i braki mojego tekstu jak na dłoni. Brak potoczystej narracji, niezbyt szczęśliwy wybór czasu, rozwlekłość, zbędne czasowniki, zbędne dygresje. Zastanawiam się, czy ja w ogóle napisałem na temat. Może dlatego odrzucili. Organizatorzy dali "swobodę intepretacji" podanego tematu, ale moja swoboda chyba poszła za daleko. Tak bardzo chciałem się wyróżnić, że potraktowałem dane hasło jako metaforę. Może woleli coś bardziej przyziemnego.

Ech, najgorsze, że liczyłem, że ten tekst otworzy mi drzwi do wydawnictwa. Za szybko narobiłem sobie nadziei. Pisanie a pisanie fikcji to są dwie kompletnie różne sprawy. Żeby dojść do poziomu sprawnego, ciekawego opowiadania historii, trzeba poświęcić mnósto czasu. Setki zapisanych stron, nauka na błędach, porażki, przyjmowanie krytyki na klatę. Kiedy konkurujesz z dorosłymi, doświadczonymi pisarzami, ludźmi, którzy wielokrotnie wygrywali podobne zawody i publikowali w antologiach, to raczej wiadomo, kto wygra. Ten bardziej doświadczony.

A moje opowiadanie było raptem trzecim albo czwartym tekstem tego rodzaju, jaki napisałem w mojej "karierze", mającej początek gdzieś zeszłego lata, mniej niż rok temu. Dużo jeszcze muszę się nauczyć. Chciałbym, że częściej robili takie konkursy, albo żeby dawali jakiś feedback, choć wiem, że to przesada.

Nie wierzę w to, że każdy może odnieść sukces w czym tylko zechce, o ile będzie się starał, ciągle próbował, nie poddawał. Nie każdemu jest dane zostać dobrym pisarzem, artystą, inżynierem, politykiem et cetera. Zwykły optimism bias i american dream, jedno z większych kłamstw naszych czasów. Niemniej każdy, kto chce osiągnąć sukces w jakiejkolwiek dziedzinie, musi najpierw ponieść sto porażek.

Lekcja wyciągnięta.

A przestać pisać nie mogę, od zawsze to kochałem. Nie marzę o sławie ani pieniądzach, ale chciałbym, żeby choć jedno moje dziełko ukazało się kiedyś drukiem, żeby dotarło do ludzi, żeby ktoś kiedyś czytając je pokiwał głową z uznaniem.

W polskim internecie jest właściwie tylko jedno profesjonalne forum pisarskie, nie muszę podawać, jakie. Zauważyłem, że moja twórczość, którą tam umieszczam, spotyka się z mieszanymi reakcjami. Raz ktoś napisze, że "dawno nie czytał czegoś tak dobrego", innym natomiast kompletnie się nie podoba. Każdy ma swoje gusta.

Żeby tylko ten odzew był większy, cholera.

sobota, 3 czerwca 2017

Ballada o małej Elsie

Skandynawowie lubią mroczne motywy. Ślad tej cechy można znaleźć w ludowych baśniach i balladach, pełnych tajemniczych, budzących grozę stworzeń i niewyjaśnionych wydarzeń.

Dzisiaj przedstawiam wam moje (nieudolne) tłumaczenie ballady o małej Elsie, którą porwał topielec. W całym Internecie nie znalazłem nawet jednego angielskiego (!) tłumaczenia, więc zdecydowałem się przełożyć od razu na polski. Póki co bardziej wyjaśniłem słowa, bo oddanie rytmiki, melodii, rymów to niestety wyższa szkoła jazdy.

W ramach rekompensaty wrzucam za to punkowy cover ballady w wykonaniu szwedzkiego punk-rockowego zespołu Strebers, działającego w latach 1982-1992 (cover nawet lepszy od oryginału, IMO!)





Była sobie mała dziewczynka
Co pewnego razu w pięknym maju
Miała pójść po wodę
Choć trochę się bała

Słyszała, jak dorośli mówili
kto mieszka na dnie rzeki
Nie chciała iść
ale nie odważyła się zaprotestować

Kiedy przyszła nad rzekę
Usłyszała cudowną muzykę
Zatrzymała się, by posłuchać
Jeden ton piękniejszy od drugiego

Tylko się nachylić i zobaczyć
Kim był grajek ten
Człowiek, co bez błędu gra
Musi być wspaniały

Elsa miała ledwie osiem lat
Teraz już nie żyje, sami chyba rozumiecie
Elsa miała ledwie osiem lat
Więcej się nie obudzi

Na dnie rzeki, pośród wody
siedział chłopiec młody, cudownej urody
Rzekł do niej: "Chodź do mnie, moje dziewczę"
To się bliżej poznamy

Mokre ramię wokół chudej szyi
I oboje w wodzie znikli
A tej małej dziewczynki
Nigdy więcej nikt nie widział

Elsa miała ledwie osiem lat
Teraz już nie żyje, sami chyba rozumiecie
Elsa miała ledwie osiem lat
Więcej się nie obudzi